Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Te rzeczy w dzisiejszych filmach już nie przejdą, czyli jak polityczna poprawność ingeruje w kino

164 556  
389   237  
Rozwój technologii sprawił, że wiele z tego, co widzimy w kinie, to efekt pracy sztabu specjalistów od grafiki komputerowej. Katastrofy, wielkie monstra, spektakularne eksplozje w HD/3D/UBW – to wszystko cieszy oko, ale jednocześnie trochę odwraca naszą uwagę od pewnych spraw. Przez to nawet nie zauważyliśmy kiedy w przemyśle filmowym zagnieździł się paskudny wirus politycznej poprawności.


Ostatnio mam fazę na nieco zmurszałe produkcje z lat 80. Lubię tę siermiężność, uroczo nieporadne, ograniczone niskim budżetem efekty specjalne i plumkającą w tle syntezatorową muzyczkę. Jednak tym, na co zwróciłem szczególną uwagę, są pewne motywy, które nigdy nie przeszłyby, gdyby niektóre z tych filmów kręcone były współcześnie. Mam wrażenie, że filmowcy panicznie boją się ataków obrońców politycznej poprawności i jak ognia unikają kontrowersji, bo wiedzą, że aura skandalu może źle wpłynąć na promocję ich dzieła.

Precz z uciskiem kobiet!

Nie tak dawno, przy okazji wejścia do kin produkcji „X-men: Apokalipsa”, twórcy ekranizacji historii znanej z komiksowego uniwersum Marvela znaleźli się w ogniu bezlitosnej krytyki ze strony amerykańskich mediów. I to jeszcze zanim film trafił do kin! Powód? Plakat, na którym widzimy wielkiego typa duszącego bohaterkę graną przez Jennifer Lawrence. Oczywiście ból dupy dotyczył „promowania przez filmowców przemocy wobec kobiet”. Ciul, że obecny na plakacie jegomość był złym do szpiku kości arcyłotrem, którego zachowań absolutnie nie należałoby kopiować. Grunt, że 20th Century Fox musiało rzucić się do stóp swym oskarżycielom i wystosować łzawe przeprosiny za swój niecny występek.



Cóż, jak by głębiej spojrzeć w historię kina, to wielkie monstra mają do siebie to, że za grosz brak im honoru i szczególną radość czerpią z gnębienia kobiet, najlepiej kuso odzianych i seksownych. Wiadomo – w ten sposób bestia sprowokuje jakiegoś mężnego, liczącego na bzykanko rycerza do niebezpiecznej misji ratowania nieszczęsnej białogłowy.
Spójrzmy na plakaty promujące leciwe, przaśne produkcje sprzed lat. To nie żadne zachęcanie do duszenia, porywania, gwałcenia, rozczłonkowywania kobiet, a zwykła gatunkowa klisza powielana w kinie od niepamiętnych czasów!









A tak przy okazji – zauważyliście, że James Bond coś ostatnio nieco złagodził swój stosunek do przedstawicielek płci pięknej?


Test Bechdel

Słyszeliście kiedyś o Alison Bechdel? To amerykańska twórczyni komiksów, która w połowie lat 80. stworzyła ciekawy test. Jego wynik ma nam powiedzieć, czy film, który oglądamy jest tworem seksistowskim czy nie. Autorka brała pod uwagę trzy warunki, które produkcja musi spełniać, aby móc być uznana za twór, w którym istnieje równość płci.
Po pierwsze, w filmie powinny pojawiać się przynajmniej dwie postaci kobiece. Po drugie – muszą one ze sobą rozmawiać, a po trzecie – rozmowy te muszą dotyczyć innych tematów niż mężczyźni.



Test pani Bechel był tylko żartem, ale faktycznie – jak wziąć na warsztat kilka hollywoodzkich blockbusterów, to przekonamy się, że wiele z nich nie spełnia tych kryteriów. Powodem tego stanu rzeczy są schematy i wspomniane wyżej klisze, utarte wzorce, według których film jest tworzony. Ktoś kiedyś uznał, że najwięcej widzów do kin ściągnie dzieło, którego bohaterem jest biały facet, a rola kobiety sprowadza się do drugoplanowego ozdobnika.
Dziś, kiedy test Bechel traktowany jest całkiem poważnie, filmowcy stają na głowach, aby nie zostać oskarżonymi o promowanie świńskiego, męskiego seksizmu. I tu już przestaje robić się zabawnie, bo niektóre z tych starań są po prostu rozpaczliwe. Niech za przykład posłuży chociażby najnowsza część „Pogromców duchów”.



Rasistowskie żarty

Wszyscy je znamy i lubimy, a dopóki rasistowskie hasełka są jedynie niezobowiązującym śmieszkowaniem, a nie deklaracją nienawiści do przedstawicieli innych narodowości, to zazwyczaj nikomu to specjalnie nie przeszkadza. I z takiego też zdrowego podejścia wychodzili dawni filmowcy.
Już na początku lat 60. Mickey Rooney w dość karykaturalnej charakteryzacji grał japońskiego zgreda w „Śniadaniu u Tiffany’ego”, a dwie dekady później Richard Pryor w produkcji „Zabawka” wcielił się w postać spłukanego dziennikarza, który zostaje zatrudniony przez zamożnego biznesmena w charakterze zabawki dla jego syna. Tak – to film, w którym zblazowany dzieciak dostaje w prezencie własnego czar#ucha!



Dziś prawdopodobnie żadna wytwórnia nie podjęłaby ryzyka realizacji takiego scenariusza. No, chyba że po naniesieniu kilku poprawek biznesmen byłby czarnoskóry, a główny bohater należałby do rasy kaukaskiej. Z jakiegoś powodu takie rzeczy łatwiej przechodzą.

I te o gejach też!

Żyjemy w czasach, kiedy za publiczne wspomnienie o pewnym elemencie budowy roweru można dostać bana na Facebooku, więc oczywiste jest, że temat homoseksualizmu jest wyjątkowo delikatny. W produkcjach filmowych wypada już w scenariuszu umieścić kilku wyraźnie homoerotycznych bohaterów, aby uniknąć posądzenia o dyskryminację seksualnych mniejszości. Nie wolno natomiast z nich żartować. Prącie Boże! Od bycia nazwanym szowinistą czy rasistą gorsze jest tylko zostanie homofobem!

A tymczasem jeszcze parę lat temu nawet najmniej wysublimowane gagi, w których to obśmiewano gejów, uchodziły twórcom na sucho. Pamiętacie „Krokodyla Dundee” i jego spotkanie z transwestytą?


Dziecięca nagość

I to na naszym podwórku! Nie tak dawno temu z wielką radością obejrzałem jeden z najbardziej psychodelicznych filmów mojego dzieciństwa - „Akademię pana Kleksa”. Teraz, po ponad 25 latach prania mózgu przez media, doszedłem do wniosku, że dziś za taką produkcję twórcy z miejsca zostaliby ukamienowani. No, bo co my tu mamy? Szkołę dla małoletnich chłopców prowadzoną przez zdziwaczałego, brodatego, nadużywającego LSD hipstera, który nie kryje się specjalnie ze swoimi niezdrowymi upodobaniami seksualnymi.

Chyba dziś coś takiego by nie przeszło. To pewnie dlatego w niektórych reedycjach filmu scena ta po prostu została wycięta, mimo że tak naprawdę przecież doszukiwanie się tu jakichś głębszych dwuznaczności świadczy tylko o tym, jak duży wpływ mają na nas media, które bardzo ładnie robią nam światopoglądowe zabiegi na otwartym mózgu.



O ile przytoczony tu przykład naszego „Pana Kleksa” nie ma w sobie oczywiście żadnego chorego podtekstu, to już taki nakręcony w 1995 roku film pt. „Kids” dość dosadnie traktował o życiu seksualnym nieletnich. Mało brakowało, a twórcy mieliby naprawdę przesrane. A wszystko to przez… sutek. Według amerykańskiego prawa nielegalne jest pokazywanie tej części ciała nieletnich aktorek. Filmowcy musieli cyfrowo wymazywać kontrowersyjny element.
Jeszcze większym skandalem okryła się produkcja pt. „Pretty Baby”.



Francuski reżyser Louis Malle opisał w nim tematykę dziecięcej prostytucji w Nowym Orleanie na początku ubiegłego wieku. Dopiero w 1995 roku twórca zdecydował się wyciąć ze swojego dzieła sceny przedstawiające nagą dwunastoletnią Brooke Shields! Dzięki temu film mógł być wyświetlany w krajach, które wcześniej nie dopuściły do jego dystrybucji.

Papierosy

Czy wyobrażacie sobie, aby Clint Eastwood w „Dobrym, złym i brzydkim” siorbał lizaka zamiast trzymać w zębach zmiętego skręta? Albo żeby John McClane nie odpalał papierosa od papierosa w przerwie pomiędzy sianiem rozwałki a wygłaszaniem krwistych one-linerów? A czy widzieliście kiedyś cholernego Popeye’a bez fajki?

A teraz przypomnij sobie, kiedy ostatnio widziałeś palącego papierosy ultra-męskiego bohatera hollywoodzkiego akcyjniaka? Dawno temu? No, właśnie. Od lat już filmowcy zmuszeni są ograniczać ilość scen, w których pokazywany jest ten zgubny nałóg. Powód? Organizacje walczące z promowaniem produktów tytoniowych.
Doszło już do tego, że przedstawiciele The Motion Picture Association of America musieli ostatnio spotkać się na sali sadowej z pewnym mężczyzną domagającym się, aby filmy, w których pokazuje się palenie papierosów, oznaczone były znaczkiem R. Takie podwyższenie kategorii wiekowej paskudnie odbiłoby się na wpływach z dystrybucji. W tej sytuacji MPAA musiała stoczyć sądową batalię, aby wywalczyć sobie prawo do bezproblemowego prezentowania „dymka” na ekranie.

Jest więc zwycięstwo i fajki nie znikną z kina, ale i tak większość twórców woli nie „promować” złego nałogu, więc raczej nic nie wskazuje na to, aby tendencja ograniczania palenia na ekranie miała się zmienić.



A tymczasem wydawnictwo komisowe DC poszło po rozum do głowy i dało zielone światło ekranizacji słynnej serii przygód Lobo. Jest to chyba najbardziej niepoprawny politycznie bohater w historii komiksu. Nie wyobrażam sobie, aby pozbawić go kopcącego bardziej niż stary diesel na mrozie cygara, kazać mu odnosić się z szacunkiem do kobiet, dać mu kompana - homoseksualnego przyjaciela, a ponadto zmusić Ważniaka do uważania na obrazoburcze żarty, gdyż te mogłyby sprawić, że jakiś wrażliwy widz śmiertelnie zadławi się ziarenkiem popcornu. Kurde bele max!

Oglądany: 164556x | Komentarzy: 237 | Okejek: 389 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało